Jesteś w: Przedwiośnie

Przedwiośnie - cytaty

Autor: Karolina Marlęga     Serwis chroniony prawem autorskim

Seweryn Baryka pilnował tej książeczki jak oka w głowie. Wędrowała z nim po szerokiej Rosji, leżąć cicho na dnie kuferka, między brudnymi kołnierzykami i znoszoną bielizną, w sąsiedztwie niepowabnych skarpetek i brulionów podań o posady do rozmaitych dignitarzy. [...] Potem spoczywała w szufladzie stolika, między najważniejszymi papierami.

Przez czas dość długi w mieście Baku było głucho, martwo i nudno. Wszystko jeszcze po dawnemu ruszało się i łaziło, ale niesłychanie ospale, niemrawo, z rezerwą, a nawet jawną perfidią. Nie mogło być inaczej, skoro z dnia na dzień wszystko się odmieniało. Dwa żywioły miasta – Tatarzy i Ormianie – czatowali na się wzajemnie z wyszczerzonymi zębami i wyostrzonym w zanadrzu kinżałem.

Nim jednak spuszczono prostą trumnę w głąb dołu, Cezary zapragnął raz jeszcze spojrzeć na matkę. Oderwał deskę nakrywającą świerkowe pudło i po raz ostatni przypatrzył się obliczu zgasłej. Splatając jej zesztywniałe palce do snu wiecznego zobaczył również, że złota obrączka, którą przez tyle lat przywykł całować i wyczuwać, iż była niejako częścią ręki, czymś niby kość czy sustaw, wrośnięta w skórę chudej ręki – ze ta złota obrączka zdarta została z palca wraz z nieżywa skórą, gdyż widać nie chciała się poddać rozłączeniu dobrowolnemu. [...] Cezary zapamiętał sobie ten widok.

Z głębi wozu [...] wysuwał się cadaver młodej kobiety. [...] Czarne włosy dosięgały ziemi i wlokły się po skrwawionej kurzawie drogi. [...] Cezary zapatrzył się w tą postać odchodzącą w światy umarłych.

Przechodzień minął bramę. Wszedł do Polski, kraju swoich rodziców. [...] „Gdzież są twoje szklane domy? – rozmyślał brnąc dalej. – Gdzież są twoje szklane domy?...”

Wielosławski wnet się wylizał, a nie zapomniał usługi. [...] Wielosławski zaproponował Baryce, żeby ten pojechał do niego na wypoczynek do jakowejś Nawłoci w okolicach Częstochowy. Baryka przystał.

Wniesiono uroczyści tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – „kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane przez ogień zewnętrzny.

I oto Maciejunio znów się krząta i pobrzękuje. Ma się ku kolacji. Maciejunio mruga i szepcze ciekawym, wtajemnicza najcichszym szeptem księdza Anastazego: - baraninka – albo – kurczątka – rożen. Po kolacji jakaś partyjka szachów z księdzem Anastazym, jakaś partyjka winta. [...] Smutno byłoby pójść spać bez jakiegoś wzmocnienia.

Pan Szymon Gajowiec poza urzędowymi pracami, [...] i niezależnie od tych prac prowadził po nocach swą własną robotę. [...] Zamierzał przedstawić Polskę rzeczywistą, „złożoną z trzech nierównych połówek”, [...] Polskę żyjącą z pracy czarnych rąk. [...] Wierzył w cuda. Wierzył w tajemnicze opiekuństwo nad tym krajem. W rozmowach z Cezarym wskazywał palcem na kilka „cudów”. Pierwszym „cudem” pana Gajowca było, rzecz prosta, wskrzeszenie państwa polskiego. Drugim „cudem” było odparcie bolszewików w roku 1920.

Lulek był chorowity, słaby, nikły blondyn. Na wojnie bolszewickiej nie był z powodu złego stanu zdrowia. [...] Lulek był ideowcem najczystszej wody, żył w najautentyczniejszej biedzie i gotów był zmarnieć i zamrzeć w jakiejś pace za swoje pasje, sympatie i nienawiść.

Baryka wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy – na czele zbiedzonego tłumu.



  Dowiedz się więcej