Jesteś w:
Gloria victis
Aż któregoś dnia nadjechał z wiadomością posłaniec na koniu. Nadciąga ogromne wojsko, otaczające las, a żołnierzy będzie sto razy więcej niż powstańców, którzy z okrzykiem „ W imię Boga i Ojczyzny!" muszą stanąć do tego nierównego, ale sprawiedliwego boju. Zaczęli siodłać konie i formować szeregi i jeszcze w ostatniej chwili posłaniec zdołał przekazać Tarłowskiemu list od siostry, który Maryś bez czytania schował do kieszeni na piersi. I poszli.
Walka była zaciekła i trwała chyba najdłużej ze wszystkich dotychczasowych bitew. Wokół polany przelewały się grzmoty, słychać było szczęk karabinów, a ze wszystkich stron kłębił się czarny dym. Trafieni padali na ziemię - spośród nich wyszukiwano rannych i przenoszono do stojącego na polanie szpitalnego namiotu, gdzie swoją bitwę o życie prowadzili dwaj obozowi lekarze. Do tego namiotu przywieziono wreszcie rannego w ramię Tarłowskiego. I właściwie dla niego walka powinna się już skończyć. Był ranny ale nie śmiertelnie. Już spełnił swój patriotyczny obowiązek, już skropił ojczystą ziemię swoją krwią, ale bitwa zaczęła się zbliżać do polany i nagle zza drzew wypadli zbrojni w piki jeźdźcy i nie pomogli konni Jagmina, rzuceni do walki do obrony rannych... bo w namiocie już rannych nie było. Zginęli od pik wszyscy, razem z lekarzami, a Maryś ostatnim świadomym gestem rzucił Jagminowi swoją skrwawioną chustę - dla siostry. Nie widział już, jak pod przyjacielem upadł koń, a on sam zniknął wśród kłębiących się ciał.
strona: - 1 - - 2 - - 3 -
"Gloria victis" - streszczenie w pigułce
Autor: Karolina Marlęga Serwis chroniony prawem autorskimAż któregoś dnia nadjechał z wiadomością posłaniec na koniu. Nadciąga ogromne wojsko, otaczające las, a żołnierzy będzie sto razy więcej niż powstańców, którzy z okrzykiem „ W imię Boga i Ojczyzny!" muszą stanąć do tego nierównego, ale sprawiedliwego boju. Zaczęli siodłać konie i formować szeregi i jeszcze w ostatniej chwili posłaniec zdołał przekazać Tarłowskiemu list od siostry, który Maryś bez czytania schował do kieszeni na piersi. I poszli.
Walka była zaciekła i trwała chyba najdłużej ze wszystkich dotychczasowych bitew. Wokół polany przelewały się grzmoty, słychać było szczęk karabinów, a ze wszystkich stron kłębił się czarny dym. Trafieni padali na ziemię - spośród nich wyszukiwano rannych i przenoszono do stojącego na polanie szpitalnego namiotu, gdzie swoją bitwę o życie prowadzili dwaj obozowi lekarze. Do tego namiotu przywieziono wreszcie rannego w ramię Tarłowskiego. I właściwie dla niego walka powinna się już skończyć. Był ranny ale nie śmiertelnie. Już spełnił swój patriotyczny obowiązek, już skropił ojczystą ziemię swoją krwią, ale bitwa zaczęła się zbliżać do polany i nagle zza drzew wypadli zbrojni w piki jeźdźcy i nie pomogli konni Jagmina, rzuceni do walki do obrony rannych... bo w namiocie już rannych nie było. Zginęli od pik wszyscy, razem z lekarzami, a Maryś ostatnim świadomym gestem rzucił Jagminowi swoją skrwawioną chustę - dla siostry. Nie widział już, jak pod przyjacielem upadł koń, a on sam zniknął wśród kłębiących się ciał.
strona: - 1 - - 2 - - 3 -
| Dowiedz się więcej | |
