„Zdążyć przed Panem Bogiem” - streszczenie szczegółowe - 2l.pl
2l.pl Lektury Motywy literackie
Jesteś w: 2l.pl -> Zdążyć przed Panem Bogiem

2l.pl / „Zdążyć przed Panem Bogiem” - streszczenie szczegółowe

Autor: Redakcja 2l.pl     Data publikacji: 20.01.2006     Serwis chroniony prawem autorskim

Tego dnia Marek miał na sobie czerwony sweter z angory, „po bardzo bogatym Żydzie”, którego Niemcy pewnego dnia wyciągnęli z piwnicy. Na skrzyżowanych na piersi pasach wisiały dwa rewolwery. Był chłodny dzień, dziewiętnasty kwietnia. Obudzony strzałami, dobiegającymi z daleka, ubrał się dopiero o dwunastej. Był z nimi chłopak, Zygmunt, który przyniósł broń i poprosił go, aby zaopiekował się po wojnie jego córką, która ukrywała się w klasztorze w Zamościu. Dotrzymał słowa i po wojnie odnalazł dziewczynę. Wyszli, aby rozejrzeć się po okolicy i na podwórku dostrzegli kilku Niemców. Wtedy jeszcze nie mieli „wprawy w zabijaniu”, więc ruszyli dalej.


Po trzech godzinach strzały umilkły. Ich terenem było tak zwane getto fabryki szczotek – Franciszkańska, Świętojańska i Bonifraterska. Następnego dnia wysadzono bramę i wybuch zabił kilkudziesięciu Niemców. Po wybuchu Niemcy zaczęli szturmować getto, którego broniło czterdzieści osób. Wieczorem trzech Niemców z białą flagą zaczęło przekonywać ich do podania się, obiecując, że zostaną wysłani do specjalnego obozu. Broniący zaczęli strzelać, co później zanotowano w raportach Stroopa. Nikogo nie zabili, ale w tamtej chwili nie było to ważne – najważniejszą kwestią było samo strzelanie, uważane za bohaterstwo.

Dziewiętnastego kwietnia miała odbyć się likwidacja getta. Informacja o tym dotarła do nich dzień wcześniej. Osiemnastego kwietnia sztab, złożony z pięciu osób, zebrał się u Anielewicza. Przydzielili zadania – Anielewicz miał zająć się gettem centralnym, Geller i Edelman – szopami Toebbensa i fabryką szczotek. Pożegnali się, choć nigdy wcześniej tego nie robili. Anielewicz był ich komendantem, ponieważ bardzo o to prosił. Przed wojną mieszkał na Solcu. Jego matka zajmowała się sprzedażą ryb, a on malował rybom skrzela czerwoną farbą, żeby wyglądały na świeże. Był ambitny i chodził wiecznie głodny. Nigdy nie widział, jak ładuje się ludzi na Umschlagplatzu do wagonów.

W dniu akcji nie spotkali się. Nazajutrz Marek zobaczył Anielewicza, który był już zupełnie innym człowiekiem. Od Celiny dowiedział się, że chłopak siedział i powtarzał, że wszyscy zginą. Ożywił się tylko na wiadomość od AK, że mają czekać w północnej części getta. Nic na nich nie robiło wrażenia, nawet chłopak spalony żywcem na Miłej, którego krzyki słyszeli przez cały dzień. Anielewicz ciągle miał nadzieję, że zwyciężą, że nadejdą jakieś posiłki. Zawsze jednak twierdził, że idą na śmierć w imię honoru i historii.

Miał dziewczynę, Mirę, z którą zjawił się siódmego maja na Franciszkańskiej. Następnego dnia, na Miłej, zastrzelił najpierw ukochaną, a później popełnił samobójstwo. Tego dnia osiemdziesiąt osób popełniło samobójstwo. Lutek Rotblat zastrzelił matkę i siostrę. Ruth strzelała do siebie siedem razy, zanim trafiła. Później mówiono, że ta śmierć była symboliczna i tak właśnie powinno być. W tym miejscu teraz jest skwer, na który w pogodne dni przychodzą matki z dziećmi. Jest tam usypany kopiec z kamieniem i napisem, który jest świadectwem zbiorowej mogiły, ponieważ nigdy nie przeniesiono stamtąd kości zmarłych na cmentarz.

Marek dowodził czterdziestoma żołnierzami, lecz żaden z nich nie pomyślał, by popełnić samobójstwo. Przez dwadzieścia dni wydawał rozkazy i nauczył się wielu rzeczy. Potrafił uderzyć w twarz, kiedy ktoś zaczynał histeryzować. Potrafił spać, gdy Niemcy wiercili w murach dziury, by wysadzić getto. Stracił pięciu ludzi w walce i nie czuł wyrzutów sumienia. Potrafił też zatrzymać chłopca, który prosił go o adres po stronie aryjskiej, mówiąc mu, że jeszcze na to za wcześnie. Przedzierali się w południe, kiedy Niemcy szli na obiad. Wtedy nie denerwował się, ponieważ nic większego niż śmierć nie mogło ich spotkać.

Za murem, sięgającym pierwszego piętra, widzieli stronę aryjską. Widzieli ludzi, kręcącą się karuzelę. Słyszeli też muzykę, bojąc się, że zagłuszy ona ich krzyki i odgłosy walki, a wówczas nikt niczego nie zauważy. Dopiero później dowiedział się, że Sikorski odznaczył pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari Michała Klepfisza, chłopaka, który zasłonił własnym ciałem karabin maszynowy, by pozostali mogli się przedrzeć dalej. Dzięki niemu udało się odeprzeć atak Niemców.

W tamtych czasach Marek był gońcem w szpitalu. Stawał przy bramie, prowadzącej na Umschlagplatz i wyprowadzał chorych. Zawsze stał z tej samej strony, bojąc się, że zostanie zabrany razem z tłumem. Wybierano tych, których należało ratować, a on wyprowadzał ich jako chorych. Potrafił być wtedy bezwzględny. Jedna kobieta błagała go, by wyprowadził jej czternastoletnią córkę, a on mógł wziąć tylko jedną osobę. Wybrał Zosię, która była najlepszą łączniczką. Pewnego dnia mijali go ludzie, którzy nie posiadali numerków życia. Niemcy obiecywali, że każdy, komu dadzą taki numerek, przetrwa. Mieszkańcy getta mieli wówczas jeden cel – zdobycie numerka. Potem ogłoszono, że prawo do życia mieli mieć pracownicy fabryk, w których były potrzebne maszyny do szycia. Ludzie kupowali więc maszyny, sądząc, że to ich ocali, lecz zabierano również i ich. Wreszcie Niemcy ogłosili, że każdy, kto zgłosi się do pracy, otrzyma trzy kilogramy chleba i marmoladę. Rozdawali rumiane bochenki, a ludzie odbierali chleb i posłusznie wchodzili do wagonów.

Zgłosiło się tyle osób, że każdego dnia odjeżdżały dwa transporty do Treblinki. Powstańcy wiedzieli o tym, co się działo. W czterdziestym drugim posłali Zygmunta, by zorientował się, co działo się z transportami. W Sokołowie dowiedział się, że codziennie bocznicą, wiodącą do obozu, jedzie pociąg towarowy z ludźmi i wraca pusty. Po jego powrocie do getta opisali wszystko w gazetce, lecz nikt nie uwierzył. Nie wierzono, że Niemcy mogliby posyłać ludzi na pewną śmierć i marnować tyle chleba.

Akcja wywożenia ludzi trwała przez sześć tygodni – od dwudziestego drugiego lipca do ósmego września 1942 roku. Przez ten czas Marek stał w bramie. Odprowadził na plac czterysta tysięcy ludzi. Ósmego września Niemcy zlikwidowali szpital, mieszczący się w budynku szkoły zawodowej. Zanim weszli na górne piętro, gdzie leżały dzieci, lekarka zdążyła podać małym pacjentom truciznę. Uratowała je przed komorą gazową i ludzie uważali ją za bohaterkę. Wśród tłumu chorych, leżących na podłodze i czekających na transport, pielęgniarki wyszukiwały rodziców i wstrzykiwały im truciznę. Trucizna była przeznaczona dla najbliższych, a jednak lekarka oddała swój cyjanek obcym dzieciom. Jedyny człowiek, który mógłby powiedzieć całą prawdę o tamtych dniach i któremu by uwierzono, Czerniaków, popełnił samobójstwo. Marek uważał, że to nie było w porządku. On i jego przyjaciele mieli wtedy do Czerniakowa pretensje, że własną śmierć uczynił sprawą prywatną.

Wtedy należało umierać publicznie, na oczach świata. Różne mieli pomysły na śmierć. Dawid radził, aby wszyscy rzucili się na mury, przedostali się na stronę aryjską, usiedli na wałach Cytadeli i tam czekali, aż zostaną rozstrzelani. Estera chciała, by podpalili getto, żeby wszyscy w nim spłonęli. Większość jednak chciała powstania, ponieważ umieranie z bronią jest piękniejsze niż śmierć bez broni. W ŻOB-ie zostało tylko dwieście dwadzieścia osób i wszyscy zgodnie stwierdzili, że należy wszcząć powstanie. Mieli świadomość, że nie wygrają, lecz nie chcieli biernie czekać na moment, kiedy Niemcy po nich przyjdą. Chodziło głównie o wybór sposobu umierania.

Wywiad, w którym Marek opowiadał o wydarzeniach z powstania w getcie, został przetłumaczony na różne języki obce i wywołał głębokie oburzenie. Pan S., literat ze Stanów Zjednoczonych, napisał trzy artykuły, broniące wyznania „ostatniego dowódcy getta warszawskiego”. Ludzie pisali do gazet, a największy protest wywołała opowieść o rybach, których skrzela malował na czerwono Anielewicz. Pewien Niemiec napisał do Marka list, w którym wyznał, że w czasie wojny przebywał w warszawskim getcie jako żołnierz Wehrmachtu i widział na ulicach ciała ludzi, okryte papierami. Uważał siebie za ofiarę wojny i prosił o kilka słów w odpowiedzi. Marek odpisał, że doskonale rozumie uczucia młodego niemieckiego żołnierza, który po raz pierwszy widział ciała przykryte papierem.

Historia z literatem S. przypomniała mu podróż do USA, którą odbył w 1963 roku. Spotkał się tam z przywódcami związków zawodowych, które podczas wojny dawały pieniądze dla getta na broń. Rozpoczęła się dyskusja o ludzkiej pamięci, o tym, w jaki sposób uczcić pamięć tych, którzy zginęli w czasie wojny. Marek z trudem powstrzymywał się, żeby nie zapytać, jakie to teraz ma znaczenie. Widział jednak łzy w oczach tych ludzi, pamiętał, że dawali pieniądze na broń i chodzili do Roosevelta, by dowiedzieć się prawdy o tym, co działo się w getcie. Marek przypuszczał, że działo się to po jednym z pierwszych raportów „Wacława”, którego Tosia Goliborska wykupiła z gestapo za dywan perski. Zmikrofilmowany raport został przewieziony do Londynu pod plombą w zębie kuriera, a następnie trafił do USA. Nikt bowiem nie mógł uwierzyć, że tysiące ludzi przerabiano na mydło i wywożono do obozów. Po latach Marek pomyślał, że być może uraził przywódców związków zawodowych pytaniem, które zadał podczas wywiadu: „Czy to można nazwać powstaniem?”

Przekłady na obce języki sprawiały, że opowieści o powstaniu w getcie nie można było traktować poważnie. Słowa, brzmiące w obcych językach, w jakiś sposób łagodziły całą historię. Marek przypomniał sobie próbę opowiedzenia angielskim kuzynom o babci, która przed śmiercią poprosiła o coś do jedzenia, nawet mógł to być wieprzowy kotlet. Ludzie nie rozumieli, że tłumaczenia odbierały powagę wypowiadanym słowom i nie chcieli, aby takie rzeczy mówiono o Anielewiczu. Dlatego należało staranniej dobierać słowa, by nie zranić ludzi.

Pewnego dnia zadzwonił pan S. z wiadomością, że jest w Warszawie i widział się z Antkiem i Celiną. Chciał również osobiście spotkać się z Markiem. Marek uznał, że to poważna sprawa, ponieważ nie mógł lekceważyć opinii Antka, zastępcy Anielewicza i przedstawiciela ŻOB-u po stronie aryjskiej, który opuścił getto tuż przed wybuchem powstania. Celina natomiast była w getcie przez cały czas aż do wyjścia kanałami. Edelman denerwował się przed spotkaniem, lecz okazało się, że niepotrzebnie. Okazało się, że Antek, który do tej pory milczał, zapewnił pana S. o przyjaźni, łączącej go nadal z Markiem i aprobacie wywiadu. Miał jednak pewne zastrzeżenia – mówił, że w powstaniu walczyło znacznie więcej ludzi, pięciuset bądź sześciuset. Marek zaprzeczył, wyjaśniając, że było ich dwustu dwudziestu. Wtedy pan S. odparł, że Antkowi bardzo zależy na tym, by powstańców było więcej i zapytał, czy można to zmienić w wywiadzie. Była jeszcze sprawa ryb, należało sprostować, że to nie Antek, a jego matka malowała skrzela na czerwono. Marek odpowiedział, że teraz przecież nie ma to już znaczenia. Dla pana S. było to jednak ważne.

W trzy dni po opuszczeniu getta Celemeński zaprowadził Marka do przedstawicieli partii politycznych, którzy wyrazili chęć wysłuchania sprawozdania z powstania. Edelman był jedynym żyjącym członkiem sztabu powstańczego i zastępcą Komendanta. W raporcie wyraził przekonanie, że przez te dwadzieścia dni walki mogli zabić więcej Niemców i ocalić więcej Żydów, lecz nie byli odpowiednio wyszkoleni. Przedstawiciele partii popatrzyli na niego w milczeniu i jeden z nich stwierdził, że należy okazać wyrozumiałość, ponieważ Marek jest strzępem człowieka. Okazało się, że nie mówił o powstaniu tak, jak tego oczekiwano – z nienawiścią, patosem, krzycząc. Jako jedyny, który przeżył, nie nadawał się więc na bohatera, ponieważ nie krzyczał. Po tej rozmowie zamilkł na trzydzieści lat, a kiedy wreszcie przemówił, zrozumiał, że lepiej byłoby, gdyby nie przerywał swojego milczenia na temat powstania w getcie.

Na spotkanie z przedstawicielami partii jechał tramwajem. Nagle pomyślał, że nie chciałby mieć twarzy, ponieważ przypominała ona twarz z plakatu „ŻYDZI – WSZY – TYFUS PLAMISTY”, czarną i odrażającą. Wszyscy wokół mieli jasne twarze, byli ładni i spokojni, świadomi swojej jasności i urody. Wysiadł na Żoliborzu i dostrzegł jakąś kobietę, podlewającą kwiaty, która popatrzyła na niego. Starał się tak iść, by być jak najmniej widocznym.

W telewizji pokazywali Krystynę Krahelską. Miała jasne włosy, pozowała Nitschowej do pomnika warszawskiej Syreny, pisała wiersze i zginęła w powstaniu wśród słoneczników. Jakaś kobieta widziała ją jak biegła wśród kwiatów, zbyt wysoka, by się w nich schronić. Był ciepły, sierpniowy dzień. Krystyna upięła włosy, opatrzyła rannego i pobiegła przed siebie. Miała piękne życie i piękną śmierć. Tak właśnie umierali piękni i jaśni ludzie. Brzydcy i czarni żyli i umierali w strachu i ciemności. Leżeli, słabi z głodu, w wilgotnej pościeli, czekając aż ktoś przyniesie im owies na wodzie lub coś, co zdołali wygrzebać ze śmietnika. Wszystko, co ich otaczało, było szare. Ich dzieci wyrywały na ulicy przechodniom paczki z rąk w nadziei, że znajdą coś do jedzenia. W szpitalu dzieci, spuchnięte z głodu, dostawały pół jajka w proszku i tabletkę cebionu dziennie. Tylko biały personel szpitalny otrzymywał przydział żywności, którym dzielił się z palaczami i salowymi. Rywka Urman, trzydziestoletnia kobieta, odgryzła kawałek swego zmarłego z głodu dziecka, Berka. Ludzie patrzyli na nią w milczeniu, kiedy policja spisywała protokół. Inna matka, Chudesa Borensztajn, porzuciła na ulicy swoje zmarłe dziecko, ponieważ gmina nie chciała chować ludzi bez pieniędzy. Ludzie byli prowadzeni do łaźni na odwszenie. Stali, czekając na ulicy na swoją kolejkę, dzień i noc, a kiedy rano pojawiał się samochód z zupą dla dzieci, dorośli wyrywali im jedzenie.

Lekarze w getcie przeprowadzali badania nad głodem, by poznać mechanizm śmierci głodowej. Dysponowali obfitym materiałem badawczym. W pracach naukowych nie napisano jednak, co powodowało powstawanie obrzęków w chorobie głodowej. Nie mogli dokończyć badań, ponieważ „uległ zniszczeniu surowiec naukowy – materiał ludzki”. Z lekarzy-badaczy przeżyła jedynie dr Teodozja Goliborska, która badała przemianę spoczynkową materii u ludzi głodnych. Napisała do Marka z Australii, wyznając, że nigdy nie przypuszczała, że przemiana spoczynkowa w głodzie jest tak bardzo obniżona. Wyniki badań nigdy jej się jednak nie przydały, ponieważ w Australii leczyła sytych ludzi. Wyniki badań zostały opublikowane w pracy: „Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku”.

Badacze wyróżnili trzy stopnie wychudzenia. W stopniu pierwszym następuje utrata nadmiaru tłuszczu. Stopień trzeci przybierał postać charłactwa głodowego, charakterystycznego dla stanu przedśmiertnego. W czasie wojny najczęściej występował II stopień wychudzenia. Waga badanych była niższa o 20-25 procent od wagi przedwojennej. Najniższą wagę stwierdzono u trzydziestoletniej kobiety – 24 kilogramy. Skóra była blada, paznokcie – szponowate. Obrzęk pojawiał się najpierw na twarzy w okolicy powiek i na stopach, a następnie pojawiał się na całej skórze. Po nakłuciu wydobywał się płyn, a palce dłoni i stóp jesienią miały skłonność do odmrożeń. Na ciele pojawiał się również obfity meszek, poza tym występowały długie rzęsy. Badacze stwierdzili, że stan psychiczny badanych charakteryzował się ubóstwem myśli. Ludzie w II stopniu wygłodzenia stawali się apatyczni i ospali, a na widok jedzenia okazywali agresję, rzucając się na pożywienie łapczywie.

Śmierć głodowa była podobna do śmierci fizjologicznej, ze starości. Badania przeprowadzono na 3282 zmarłych w wyniku śmierci głodowej i stwierdzono, że ich skóra była blada lub trupioblada w przypadku 82,5 procent zmarłych, natomiast ciemna bądź brunatna u 17 procent. Obrzęki pojawiały się najczęściej u zmarłych o skórze bladej. Stwierdzono także, że w wyniku głodu część narządów ulegała zanikowi. Jedynie mózg nie zmniejszał się i zawsze ważył około 1300 gramów.

W tym czasie chirurgiem w radomskim szpitalu świętego Kazimierza był Profesor. Jego pradziad był napoleońskim oficerem, a dziad walczył w powstaniu. Do szpitala każdego dnia przywożono rannych powstańców, najczęściej postrzelonych w brzuchy. Latem 1944 roku zaczęto przywozić rannych w klatkę piersiową, a podczas ofensywy styczniowej – rannych w głowę. Wojna okazała się doskonałą szkołą dla młodego chirurga. Najważniejsza dla Profesora była jednak Warka, kiedy to podczas wareckiego przyczółka po raz pierwszy ujrzał otwarte, bijące serce. Przed wojną nikt nigdy nie widział bijącego serca.

W Polsce dopiero w 1947 roku profesor Crafoord wykonał operację chirurgiczną na otwartej klatce piersiowej, lecz nawet wówczas nie otworzono worka osierdziowego. Tego dnia tylko Profesor wiedział, jak wygląda bijące serce, a pięć lat później – 20 czerwca 1952 roku – zoperował serce Genowefy Kwapisz. Umiejętność operowania na otwartym sercu zyskał dzięki doświadczeniu, jaki nabył podczas wojny. Pomimo tego Profesor bał się każdej operacji i miał nadzieję, że w ostatniej chwili wydarzy się coś, co przeszkodzi w wykonaniu zabiegu. Bał się nie Pana Boga czy też śmierci pacjenta, lecz tego, że koledzy powiedzą, iż eksperymentuje na człowieku. Było to najgorsze oskarżenie, jakie mogło paść.

Profesor opowiedział o przypadku chirurga, który potrącił dziecko, zabrał je do szpitala i wyleczył. Kontrola zawodowa uznała, że było to sprzeczne z etyką i udzieliła mu nagany. Mężczyzna nie mógł wykonywać zawodu i zmarł wkrótce na atak serca. Etyka lekarska bardzo komplikowała życie kardiochirurga. Pewnego dnia operował prezesa Rzewuskiego po zawale, jaki przeszedł. Gdyby pacjent zmarł po operacji, ktoś mógłby uznać, że Profesor podjął zbyt lekkomyślną decyzję. Przed operacją Rzewuskiego odczuwał największy lęk. Siedział w swoim gabinecie, rozmyślając nad tym, że nie lubi operować serc inteligenckich. Operacji podjął się przede wszystkim dlatego, że doktor Edelman, siedzący w tamtej chwili przy drzwiach gabinetu, powiedział, że można operować Rzewuskiego pomimo zawału serca, choć wszystkie podręczniki kardiochirurgii stwierdzały, że nie należy tego robić. Gdyby nie słowa Marka nie doszłoby również do operacji Rudnego i pani Bubnerowej, której odwrócono krwiobieg.

Po jednej z operacji Edelman wrócił do domu i zaczął zastanawiać się, co stałoby się, gdyby Profesor w czasie zabiegu pomylił żyłę z tętnicą. Naszkicował na papierze rysunek, który następnego dnia pokazał Profesorowi, który uznał to za interesujące. Po rozmowie Marek wrócił do swego szpitala, a Profesor wieczorem, w domu, zaczął studiować jego szkic. Potem narysował własny rysunek i kilka dni później zapytał, co będzie ze zużytą krwią jeśli żyła przejmie funkcję tętnicy. Edelman i Elżbieta Chętkowska wyjaśniają mu, że pani Ratajczak-Pakalska przeprowadziła badania do swej pracy doktoranckiej z anatomii żył serca i wynika z nich, iż krew zdoła odpłynąć z serca innymi połączeniami. Próbują przekonać Profesora, robiąc próbę na sercach trupów. To też nie stanowi dla niego dowodu na twierdzenie o odwróceniu krwiobiegu, ponieważ tak naprawdę nie wiadomo, jak zachowa się serce żywego człowieka.

W chwilach wątpliwości niezwykle pomocna okazuje się Aga Żuchowska, która udaje się do biblioteki i wyszukuje odpowiedni artykuł. Tym razem również przynosi informację o amerykańskim lekarzu, który przed trzydziestoma laty przeprowadzał podobne zabiegi, lecz zrezygnował z nich ze względu na dużą śmiertelność pacjentów. Do tej pory nie udało się żadnej osoby, która przeszła zawał przedniej ściany serca. Ludzie umierający na ten typ zawału są cisi, spokojni i wszystko w nich stopniowo umiera. Aż pewnego dnia zatrzymuje się również serce i człowiek umiera prawie niedostrzegalnie. Któregoś dnia do szpitala przywieźli kobietę z takim zawałem. Edelman zadzwonił do Profesora, mówiąc, że w tym przypadku konieczna jest operacja odwrócenia krwiobiegu, ponieważ kobieta może umrzeć. Pacjentka umarła po kilku dniach.

W jakiś czas później przywieźli mężczyznę z zawałem. Ponownie Marek zadzwonił do Profesora, wspominając o operacji. Sytuacja powtarzała się kilkanaście razy. Za każdym razem Profesor przychodził do pacjentów i pytał Edelmana czego od niego wymaga. Marek odpowiadał, że są w stanie uratować kolejnego człowieka i tylko Profesor może podjąć się takiej operacji. W ciągu roku zmarło trzynaście osób. Za czternastym razem Profesor zgadza się przeprowadzić operację. Pacjentką jest starsza kobieta, Bubnerowa.

W dniu operacji Rzewuskiego Profesor siedział w swoim gabinecie. Miał świadomość, że nie może opuścić pomieszczenia, ponieważ doktor Edelman zajął miejsce tuż przy drzwiach. Kiedyś Profesor wyszedł z gabinetu tuż przed operacją Rudnego. Gdy wrócił sam, przed wieczorem, pacjent nadal czekał na zabieg w bloku operacyjnym, a Edelman, Chętkowska i Żuchowska czekali na niego w poczekalni. Przeprowadził operację i ocalił życie mężczyzny. Także Bubnerowa przeżyła. Teraz, przez zabiegiem Rzewuskiego, Profesor przypomina sobie operację kobiety i to dodaje mu otuchy. Przeprowadzał zabieg w zupełnej ciszy, zmieniając metodę Clauda Becka. Serce w końcu drgnęło i zaczęło bić. Myśl, że pacjentka przeżyła, cieszy go. Po udanej operacji Rudnego pisano o tym w prasie.

Po zabiegu Bubnerowej Profesor opowiadał o swojej metodzie na zjeździe kardiochirurgów w Bad Nauheim. Wszyscy wstali z miejsc i bili brawo. Potem chirurdzy z Pittsburga i USA zaczęli stosować metodę odwracania krwiobiegu. W przypadku Rzewuskiego obawa wynika z faktu, że będzie operował pacjenta w stanie zawału. Jeśli nie przeżyje, wszyscy oskarżą o to właśnie Profesora. Profesor nie modli się do Boga, bo nie wie o co. Miałby ochotę pomodlić się o to, by operacja została odwołana w ostatniej chwili, lecz byłaby to modlitwa o pewną śmierć dla Rzewuskiego. Wcześniej nikt nie podejmował się operacji na sercu w stanie zawału, ale jeśli medycyna ma się rozwijać, to należy podjąć takie ryzyko. Profesor przemyślał zabieg w najdrobniejszych szczegółach i ma pewność, że operacja powiedzie się. Woła internistów i pyta ponownie, czy Rzewuski umrze, jeśli nie zostanie zoperowany.

Odpowiadają, że to już drugi zawał, a Edelman dodaje, że pacjent został przewieziony z Warszawy, żeby go uratowali. Profesor pyta go, dlaczego był przekonany, że należy przeprowadzać poprzednie operacje. Marek wyjaśnia, iż wiedział, że mają sens i muszą się udać. Według niego każdy, kto jest oswojony ze śmiercią tak jak on, ma większą odpowiedzialność za życie. Profesor wzywa docent Wróblównę, kardiolog z jego kliniki. Ma nadzieję, że kobieta doradzi, aby jeszcze poczekali, lecz ona odpowiada, że należy operować. Zrezygnowany, idzie do bloku operacyjnego, na którym leży uśpiony Rzewuski.

Wszystko to, co tej pory napisała narratorka, nie podoba się ludziom. Nie wiedzą, w jaki sposób Edelman uratował się, a nagle znajduje się w gabinecie Profesora, bez odpowiedzi na to pytanie. Gdyby jednak Marek nie siedział w poczekalni w towarzystwie Agi i Elżbiety Chętkowskiej, to Profesor byłby już dawno w domu, oglądając dziennik w telewizji. W chwili, kiedy narratorka opisuje to czekanie, Elżbieta nie żyje. Pozostała nagroda jej imienia, przyznawana za wybitne osiągnięcia z zakresu kardiologii i ufundowana z honorariów za pracę „Zawał serca”. Edelman opisał w niej wszystko, czego dowiedział się o ludziach chorych na serce.

W pracy o chorobie głodowej nie mógł nic napisać, ponieważ pracował jako goniec. W szpitalu nie wymagano od niego wiele, zdając sobie sprawę z tego, że miał jeszcze inne, ważniejsze, zajęcia. Każdego dnia odnosił do stacji sanitarno-epidemiologicznej krew chorych na tyfus, a następnie stawał przy wejściu na Umschlagplatz. W filmie „Requiem dla 500000” widać, jak ludzie idą do wagonów, trzymając w rękach bochenki chleba. Niemiecki operator fotografował tłum, biegnący w stronę dziennikarzy szwedzkich, którzy przyjechali, by zebrać materiały o getcie. Nagle rozlegają się strzały i spiker informuje o wybuchu powstania. Narratorka mówi, że pomysł ze strzałami był dobry, ponieważ wybuchy przysłoniły tłum ludzi.

W odpowiedzi Marek zaczyna krzyczeć. Zarzuca kobiecie, że zapewne uważa biegnących do wagonów za gorszych od tych, którzy do nich strzelali. Tak przecież uważają wszyscy, a pewien amerykański profesor stwierdził, że „szli jak barany na śmierć”. Opinię taką wyraził mężczyzna, który wylądował na francuskiej plaży, biegł pod morderczym ogniem i został ranny. Jego żona dodaje, że śmierć ludzi, którzy giną w milczeniu, jest niczym, ponieważ nie pozostawia po sobie niczego. Jedynie ci, którzy strzelają, pozostawiają po sobie legendę. Edelman próbował im wyjaśnić, że śmierć w komorze gazowej nie jest gorsza od śmierci, poniesionej w walce. Niegodnym jest przeżycie cudzym kosztem. Zaczął krzyczeć i jakaś kobieta poprosiła, aby mu wybaczono. Teraz wyjaśnia narratorce, że ci ludzie szli spokojnie i godnie na śmierć. O wiele łatwiej było umierać tym, którzy walczyli w powstaniu niż tym, którzy odjechali wagonami i musieli wykopać sobie dół, a potem rozebrać się do naga. Narratorka przyznaje mu rację, że o wiele łatwiej jest patrzeć na śmierć tych, którzy strzelają niż na człowieka, który musiał wykopać sobie grób.

Pewnego dnia Marek widział na ulicy Żelaznej zbiegowisko ludzi, którzy zebrali się wokół beczki. W beczce stał stary Żyd. Tuż obok stali dwaj niemiecki oficerowie, którzy, śmiejąc się głośno, wielkimi nożycami krawieckimi obcinali mężczyźnie brodę. Zebrani wokół ludzie również śmiali się. Edelman pomyślał wówczas, że najważniejszą rzeczą było nie dać się wepchnąć w beczkę. W tamtych dniach getto nie istniało jeszcze, więc nikt nie czuł grozy tego wydarzenia. Był początek wojny, a jego koledzy uciekli za zieloną granicę. Byli to wspaniali chłopcy z kulturalnych domów. Marek nie należał jednak do tego towarzystwa. Uczył się gorzej, nie miał domu, ponieważ jego matka zmarła, kiedy miał czternaście lat.

Przed wojną przekonywał Żydów, aby zostali w Polsce, gdyż wkrótce będzie tu socjalizm. Dlatego też nie mógł uciec z kraju, kiedy zaczęła się wojna i zaczęły się ciężkie dni dla Żydów. Po wojnie dowiedział się, że jego koledzy, którzy uciekli za granicę, sprawowali ważne funkcje. Zapraszali go do siebie, lecz nie mógł ich odwiedzić, ponieważ to on odprowadził na Umschlagplatz czterysta tysięcy osób. Każdego roku, w rocznicę powstania dostawał bukiet kwiatów, nie wiadomo od kogo. Do tej pory zebrał trzydzieści jeden wiązanek. Tylko jeden raz, w roku 1968, nie dostał kwiatów i wtedy było mu przykro. Zawsze są to żółte kwiaty, przyniesione przez gońca z kwiaciarni. Narratorka nie jest przekonana, czy powinna wspomnieć o anonimowych bukietach. Podobnie jak nie powinna pisać o tym, że w getcie były prostytutki, które każdego dnia dawały Markowi bułkę.

Edelman opowiada, że w bunkrze na Miłej razem z grupą Anielewicza było kilka prostytutek i jeden alfons. Kiedy przedostali się do tego bunkra, prostytutki dały im jeść i razem wypalili papierosa. Był to jeden z najlepszych dni w getcie. Później, kiedy zginęła grupa Anielewicza, odnaleźli dziewczyny w sąsiedniej piwnicy. Następnego dnia opuszczali getto kanałami. Jedna z prostytutek zapytała go, czy może przejść z nimi na stronę aryjską, lecz nie zgodził się na to.

Na stronę aryjską Edelman chodził legalnie codziennie. Jako goniec ze szpitala przenosił krew na ulicę Nowogrodzką. Miał jedną z nielicznych przepustek i kiedy wychodził na ulicę, ludzie spoglądali na jego przepaskę z ciekawością, czasami ze współczuciem a nawet drwiną. Przez parę lat wychodził tak na ulicę i nic mu się nie stało. Nie potrafi jednak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie został po stronie aryjskiej. Przed wojną był nikim, a w trzy lata później był członkiem komendy ŻOB-u, jednym z pięciu ludzi wybranych z trzystu tysięcy. Miał świadomość, że na jego miejscu powinien znaleźć się „Adam”, mężczyzna, który skończył przed wojną podchorążówkę i brał udział w kampanii wrześniowej. Przez wiele lat podziwiał go za odwagę. Pewnego dnia szli razem Lesznem.

Nagle rozległy się strzały i ludzie rzucili się do ucieczki. „Adam” ku zaskoczeniu Marka również zaczął uciekać. Przyzwyczajony do tego, że zawsze miał broń, a kiedy Niemcy zaczęli strzelać, nie mógł. Z dnia na dzień stał się innym człowiekiem i przestał działać. Na pierwszym posiedzeniu Komendy nie nadawał się do tego, by wziąć udział i dlatego Marek poszedł. „Adam” miał dziewczynę – Anię, która została zabrana na Pawiak. Kiedy została aresztowana, „Adam” załamał się ostatecznie. Był przekonany, że wszyscy są straceni, ale oni są młodzi i powinni uciekać do lasu. Wszyscy go rozumieli – po zabraniu Ani na Pawiak nie miał już po co żyć. Należało działać, bo to było jedyną szansą przetrwania. Marek zajął się wyprowadzaniem z Umschlagplatzu tych, którzy byli najbardziej poprzedni. Jednego dnia wyprowadził chłopaka z dziewczyną – on był drukarzem, ona – łączniczką. Wkrótce oboje zginęli.

Obok Umschlagplatzu mieściło się ambulatorium, w którym pracowały uczennice szkoły pielęgniarskiej. Szkołę, jedyną w getcie, prowadziła Luba Blumowa. Niemcy wypuszczali z transportu wyłącznie ludzi chorych, których odsyłano do domów karetkami. Dziewczęta w ambulatorium łamały więc nogi ludziom, których należało ratować.

Ludzie czekali na załadowanie do wagonów w budynku szkoły. Wyciągano ich tam kolejno piętrami, więc ci, którzy byli na parterze uciekali wyżej. Na trzecim, ostatnim piętrze, kończyła się ich aktywność i leżeli na podłodze sali gimnastycznej. We wnęce kilku własowców gwałciło dziewczynę. Kiedy skończyli, odeszła i usiadła w kącie. Nikt z leżących nie zareagował. Marek stał na końcu pomieszczenia. On również nie pomógł dziewczynie. Wtedy nikt nie był zdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu – ludzie czekali tylko na wagony. Dziewczyna przeżyła wojnę – wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i jest bardzo szczęśliwa. Pewnego dnia Edelman wyprowadził z Umschlagplatzu Polę Lifszyc. Kiedy Pola zorientowała się, że jej matka została zapędzona z kolumną do wagonów, ruszyła za tłumem z Leszna do Sławek. W ostatniej chwili wmieszała się między ludzi i weszła z matką do wagonu. Wszyscy pamiętają o Korczaku, który poszedł z dziećmi dobrowolnie na śmierć, lecz nikt nie pamięta o Poli, która mogła przejść na aryjską stronę i mieć szansę na przeżycie.

Numerki na życie – białe kartki z pieczątką – Niemcy dali w Gminie i kazali rozdzielić między mieszkańcami getta. Każdy, kto miał taki numerek, zostawał w getcie, a pozostali szli na Umschlagplatz. Było to we wrześniu, na dwa dni przed końcem akcji likwidacyjnej. Hercelowa, lekarz naczelny szpitala, otrzymała kilkanaście numerków, lecz nie chciała ich rozdawać. Wszyscy jednak uważali, że kobieta da je tym osobom, którym się należały. Dopiero pod wpływem próśb delegacji zaczęła rozdawać kartki. Numerek dostała również Frania, która miała jeszcze siostrę i matkę. Matka nie chciała od niej odejść i dziewczyna odsunęła ją ręką. Frania przeżyła. Później uratowała kilkanaście osób, jednego chłopaka wyniosła z powstania warszawskiego. Numerek dostała również przełożona pielęgniarek, Tenenbaumowa. Oddała go córce, a sama poszła na górę i połknęła fiolkę luminalu. Dziewczyna zginęła kilka miesięcy później, lecz przed śmiercią przeżyła szczęśliwe dni. Zakochała się w pewnym chłopcu i chodziła uśmiechnięta.

W chwili rozpoczęcia akcji likwidacyjnej Niemcy zaczęli wypędzać ludzi z piętra szpitala. Jedna z kobiet urodziła dziecko. Lekarz podał je pielęgniarce, która udusiła je poduszką. Pielęgniarka przeżyła wojnę i jest wybitnym pediatrą.

Marek również otrzymał numerek życia. Stał w kolumnie z Franią i córką Tenenbaumowej, kiedy dostrzegł swoją przyjaciółkę i jej brata. Przyciągnął ich do siebie, ale inni również to robili i wkrótce w kolumnie stało czterdzieści cztery tysiące osób. Niemcy policzyli ludzi i odesłali cztery tysiące na Umschlagplatz.

W getcie jednym ze sposobów na przeżycie była miłość. Związek z drugą osobą dawał poczucie znikomej normalności życia i poczucia, że nie jest się samotnym. Ludzie szukali w tamtych dniach bliskości drugiego człowieka, a podczas ostatniej akcji likwidacyjnej pobierali się i szli na Umschlagplatz już jako małżeństwo. Siostrzenica Tosi poszła do rabina ze swoim chłopakiem, a po ślubie zgarnęli ją Ukraińcy. Jeden przystawił lufę pistoletu do brzucha dziewczyny. Wtedy jej mąż zasłonił dziewczynę własną ręką. Ona została wysłana do transportu, a on – z urwaną dłonią – uciekł na stronę aryjską i zginął w powstaniu warszawskim.

Ludzie z ŻOB-u wiedzieli, co oznaczała likwidacja getta. W nocy, 22 lipca 1942 roku, po tym, jak Niemcy ogłosili rozporządzenie o „przesiedleniu ludności na wschód”, naklejali na plakaty kartki z napisem: „Przesiedlenie to śmierć”. Następnego dnia zaczęto wywozić starców i więźniów z aresztu – łącznie sześć tysięcy osób. Ludzie stali na chodnikach i obserwowali wszystko w milczeniu. Każdego dnia, do godziny czwartej po południu, na Umschlagplatz trzeba było dostarczyć dziesięć tysięcy ludzi. Zajmowała się tym żydowska policja pod nadzorem Niemców. Na niektórych policjantów potem wydano wyroki. Drugiego dnia akcji, 23 lipca, odbyło się zebranie przedstawicieli wszystkich stronnictw politycznych. Po raz pierwszy mówiono o walce zbrojnej.

Po paru godzinach usłyszeli, że akcja wysiedlania getta została przerwana i dlatego nie podjęto żadnych, ostatecznych decyzji. Większość nie mogła jeszcze uwierzyć w to, że Niemcy chcą wymordować cały naród. Pierwszego dnia akcji samobójstwo popełnił prezes Gminy, Adam Czerniaków. Wszyscy mieli do niego żal, uważając, że nie powinien był tego zrobić. Po wojnie Marek dowiedział się, że Lejkimowi, policjantowi, na którego wydano wyrok, po siedemnastu latach małżeństwa urodziło się pierwsze dziecko. Mężczyzna sądził, że pomagając w akcji Niemcom ocali je.

Tak się składało, że pan Rudny, pani Bubnerowa i alpinista pan Wilczkowski, mieli zawał w piątek albo w nocy z piątku na sobotę. W sobotę każdy z nich leżał pod kroplówką i myślał. Inżynier Wilczkowski rozmyślał o górach, o szczycie, na którym po wejściu można było usiąść i odpocząć. Rudny widział w wyobraźni maszyny z importu. Pani Bubnerowa myślała o wtryskareczce. Pod kroplówką pacjenci doktora Edelmana myśleli o tym, co najważniejsze. Pan Rzewuski nie myślał o niczym, a wokół niego krzątał się anestezjolog. W parę godzin później Profesor, Marek i Chętkowska z radością wpatrywali się w monitor, wskazujący bicie serca. Dla Rzewuskiego w tamtych godzinach najważniejsze było, aby ból uspokoił się choć na chwilę.

Było to pierwsze wejście środkiem zachodnich płyt, a słońce oświetlało ścianę. Z góry widzieli Morskie Oko i Babią Górę. Wilczkowski zastanawiał się nad swoimi szansami. Do tej pory nie miał żadnego wypadku, ale ta świadomość go nie uspokajała. Rudny, wpatrzony w bębny angielskiej maszyny, myślał o działce, którą należało skopać i o letnim domku, na postawienie którego namawiała go żona. Pani Bubnerowa rozmyślała o długopisach, które musiała skręcić i dostarczyć do „Domu Książki”. Zawału dostała po powrocie z rozprawy sądowej, na której skazano ją na rok z zawieszeniem na trzy lata. Przed przewiezieniem do szpitala miała jeszcze tyle siły, by poprosić sąsiada, aby uśpił jamnika najlepszym zastrzykiem jaki dostanie.

Doktor Edelman podszedł do niej, mówiąc, że musi poddać się operacji. Kiedy nie chciała się zgodzić, zaczął ją namawiać. Pomyślała wtedy o swoim zmarłym mężu, który był człowiekiem religijnym i dobrym dla niej. Uwierzyła, że jeśli mąż poprosi Boga o to, aby ją ocalił, to na pewno wyzdrowieje. Rudny został wysłany na praktykę do Anglii i kiedy wrócił do Łodzi, marzył, aby maszyny pracowały tak dobrze jak w Newcastle. Kiedy wrócił do pracy po operacji, przeniesiono go na inne stanowisko ze względów zdrowotnych. Na nowym stanowisku zajmował się gospodarką oliwą smarowniczą. Pani Bubnerowa po powrocie do domu zlikwidowała warsztat, zachowując po jednym długopisie z każdego wzoru. Pan Rudny cieszy się życiem i nie martwi się już maszynami. Do szpitala przychodzi prywatnie, 5 czerwca w rocznicę swojej operacji i przynosi dwa bukiety kwiatów: dla Profesora i doktora Edelmana. Trzeci natomiast kładzie na grobie doktor Elżbiety Chętkowskiej na Radogoszczu.

Jakiś czas temu Edelmanowi złożyła wizytę córka jednego zastępcy komendanta Umschlagplatzu, na którego też został wyznaczony wyrok. Chciała dowiedzieć się, dlaczego go zastrzelili. Marek odparł, że mężczyzna nie chciał im dać pieniędzy na broń. Kobieta wyjaśniła, że jej ojciec nie mógł tego zrobić, ponieważ płacił ludziom, którzy ukrywali ją po stronie aryjskiej. Rozgoryczona stwierdziła, że ludziom z ŻOB-u chodziło o dwa pistolety albo o cztery miesiące jej życia. Spytała, czy znał jej ojca. Odpowiedział, że widywał go każdego dnia na Umschlagplatzu, jak stał i liczył ludzi.

Po odliczeniu dziesięciu tysięcy osób wracał do domu. Jego praca nie miała znaczenia dla powstańców – wyrok wydali dlatego, że nie chciał dać im pieniędzy na broń. Po wyznaczonym terminie zapukali do drzwi jego mieszkania dwaj chłopcy i zastrzelili go. Kobieta zapytała, dlaczego nie pozwolili, aby jej ojciec zmarł godnie, po ludzku. Marek starał się wytłumaczyć, że taką śmierć wybrali dla siebie i dla tych sześćdziesięciu tysięcy Żydów, którzy jeszcze żyli. Dla niego śmierć zastępcy komendanta miała sens – po tym już nikt nie odmówił dawania pieniędzy na broń.

Skończyła się akcja wywożenia ludzi do obozów. W getcie zostało sześćdziesiąt tysięcy Żydów. Ci, którzy ocaleli z „wysiedlania” rozumieli, że nie wolno im czekać. Stworzono jedną organizację wojskową dla całego getta – Żydowską Organizację Bojową – ŻOB. Liczyła ona pięćset osób. W styczniu, po kolejnej akcji, zostało osiemdziesięciu. W styczniowej akcji ludzie już nie szli dobrowolnie na śmierć. Zastrzelili kilku Niemców, co zrobiło ogromne wrażenie na tych, którzy mieszkali po stronie aryjskiej. Działo to się przed akcjami zbrojnymi polskiego ruchu oporu. Dziesięć pistoletów, które mieli w getcie, dostali od AK. Grupa Anielewicza, prowadzona na Umschlagplatz, zaczęła bić Niemców rękoma. Grupa Pelca, odmówiła wejścia do wagonów i komendant Treblinki rozstrzelał ich na miejscu.

Radiostacja Kościuszki nadawała w tych dniach apele wzywające do walki. Wtedy już mieli sześćdziesiąt pistoletów od AK i PPR. Ryszarda Hanin wzywała ich do broni. W radiostacji w Kujbyszewie czytała komunikaty, wiersze i apele. Pewnego dnia Anielewicz postanowił zdobyć broń i na Miłej zabił werkszuca. W odwecie Niemcy zabrali wszystkich z Zamenhofa – kilkaset osób. W jednym z domów na Zamenhofa mieszkał kolega Marka, Hennoch Rus. Rus miał synka, który na początku wojny zachorował na tyfus. Marek oddał swoją krew do transfuzji, lecz dziecko zmarło. Od tamtej pory Hennoch unikał Edelmana, lecz kiedy rozpoczęła się akcja, podziękował, że dzięki niemu chłopiec zmarł w domu, jak człowiek.

Ludzie z ŻOB-u zaczęli gromadzić broń. Przenosili ją ze strony aryjskiej, siłą zabierając pieniądze od różnych instytucji i osób prywatnych. Wydawali również gazetki, które łączniczki rozwoziły po całej Polsce. Jeden pistolet kosztował od trzech do piętnastu tysięcy. Za takie pieniądze można było opłacić cztery tygodnie ukrywania Żyda po stronie aryjskiej. Jedna z łączniczek woziła gazetki do getta w Piotrkowie.

W tamtejszym getcie panował porządek – ludzie sprawiedliwie dzielili pracę i jedzenie. Ludzie z ŻOB-u kazali im uciec, ponieważ pracę dla gminy uważali za kolaborację. Kilka osób przyjechało do Warszawy i należało ich ukryć. Edelman opiekował się rodziną Kellermanów. Kiedy prowadzono ludzi na Umschlagplatz, by rozdać numerki życia, marek zauważył Kellermana za drzwiami budynku szpitalnego. Wrócił po niego kilka godzin później, lecz nie zastał tam już nikogo. Łączniczka, jeżdżąca do Piotrkowa, pewnego dnia została zatrzymana przez Ukraińców. Zapłacono za jej życie, Ukraińcy postawili ją przed grobem i strzelili ślepymi nabojami. Później nadal rozwoziła gazetki.

Gazetki odbijali na powielaczu, który mieli na Wałowej. Pewnego dnia musieli ją przenieść w inne miejsce. Po drodze spotkali kilku żydowskich policjantów, którymi dowodził pewien adwokat. Policjanci zatrzymali ich i chcieli zaprowadzić na Umschlagplatz, lecz zdołali uciec. Potem dziwili się, że adwokat, który wcześniej nikogo nie bił i nie widział, jak się uciekało, zachował się inaczej. Sądzili, że załamał się, myśląc, że to już koniec. Tak samo tłumaczył się adwokat Maślanko, kiedy jechali w trójkę do RFN, by zeznawać jako świadkowie. Maślanko uważał, że po wojnie nie ma sensu pamiętać o takich rzeczach.

Parę dni po zastrzeleniu werkszuca, w kwietniu, Marek, Antek i Anielewicz szli ulicą. Na placu Muranowskim dostrzegli ludzi. Ludzie wyszli z piwnic, by posiedzieć na słońcu. Marek, przyzwyczajony do tego, że ludzie powinni wychodzić tylko w nocy, zdziwił się. Antek stwierdził, że Edelman nienawidzi tych ludzi. Antek jako pierwszy na spotkaniu Komendy stwierdził, że Niemcy podpalą getto. Wszyscy uznali, że plecie głupstwa, lecz drugiego dnia powstania Niemcy rzeczywiście podłożyli ogień. Siedzieli wtedy w schronie i ktoś wbiegł, krzycząc, że getto płonie. Wybuchła panika i Marek uderzył jakiegoś chłopca, by się uspokoił. Wyszli na podwórko i stwierdzili, że getto centralne jeszcze się nie paliło. Ania, przyjaciółka Adama, została z matką. Pozostali rzucili się do ucieczki i dotarli do muru na Franciszkańskiej. W murze była wyrwa, oświetlona reflektorem. Część ludzi została, bojąc się, że Niemcy powystrzelają wszystkich. Zygmunt strzelił w reflektor, dzięki czemu zdołali przedrzeć się dalej.

Przed powstaniem, kiedy zaczęła się akcja w małym getcie, zabrano Abraszę Bluma. Był to żydowski przywódca, jeszcze sprzed wojny. Marek poszedł, by zobaczyć co się z nim działo. Wzdłuż ulicy Ciepłej ustawiono czwórkami ludzi. Po obu stronach stali Ukraińcy. Edelman ruszył szybkim krokiem i nikt go nie zatrzymał. Kiedy wrócił wieczorem do domu, na schodach czekała na niego Stasia. Płacząc, wyznała, że bała się, iż go zabrali.

Po wojnie Edelman odnalazł córkę Zygmunta, Elżunię. Wyjechała do Ameryki, gdzie zaadoptowali ją jacyś bogaci ludzie. Potem popełniła samobójstwo. Kiedy pojechał do USA, odwiedził jej rodziców. Pokazali jej pokój, w którym nie zmienili niczego od śmierci dziewczyny.

Przeskoczyli przez mur i dotarli do getta centralnego na Franciszkańską. Tam spotkali Bluma i Gepnera. To właśnie Gepnerowi Marek wyszabrował z walizki czerwony sweter z angory. Podobny dostał po latach od Tosi z Australii. Gepner miał możliwość ukrywania się po stronie aryjskiej, lecz do końca pozostał w getcie. Blum poinformował ich, że AK próbowała zniszczyć mur przy ulicy Bonifraterskiej, lecz akcja nie powiodła się. Anielewicz był załamany, nie było już broni i na nic nie mogli liczyć. Edelman uznał, że powinni jednak gdzieś iść, lecz nie miał pojęcia, gdzie. Razem z nim na podwórku stało około czterdziestu ludzi. Zeszli do piwnic. Wieczorem Adam postanowił wrócić po Anię. Okazało się, że schron, w którym ukryła się Ania i jej matka, został zasypany. Następnego dnia ruszyli do schronu, w którym ukrywali się Anielewicz, Celina i Jurek Wilner. Dwie prostytutki zrobiły im coś do jedzenia, a Guta częstowała ich papierosami.

Wszystko działo się szybko. Gdzieś biegli, ktoś ginął, potem znów biegli. Adam wystawił głowę z piwnicy i zginął od wybuchu granatu, którym rzucił w niego jakiś Niemiec. Marek wystrzelił ze swoich pistoletów, lecz nie trafił. Zdołał jednak uciec na dach i przeskoczył na dach drugiego budynku. Na piątym piętrze spotkał chłopaka, który leżał na worku z sucharami. Chłopak dał mu dwa suchary. O szóstej zmarł i Edelman zabrał worek ze sobą. Na podwórku zauważył ciała pięciu zabitych chłopaków. Wśród nich leżał Stasiek, któremu Marek nie chciał dać wcześniej adresu po stronie aryjskiej. Wykopali grób na Franciszkańskiej 30 i pochowali tych chłopców. Był pierwszy maja, odśpiewali więc cicho nad grobem „Międzynarodówkę”. Potem zdobyli cukier i pili osłodzoną wodę. W oddziale Marka kilka osób zbuntowało się i urządziło strajk głodowy. Edelman uświadomił sobie, że coraz więcej ludzi pyta się go, co mają dalej robić. Nie potrafił odpowiedzieć na ich pytania i czuł się samotnym.

Szóstego maja przyszedł Anielewicz z Mirą. Następnego dnia Marek poprosił, aby zostali z nimi, ale Anielewicz chciał wrócić do swojego bunkra. Ósmego maja poszli do ich schronu na Miłą 18 i dowiedzieli się, że popełnili samobójstwo. Zabrali ze sobą tych, którzy pozostali przy życiu i dwie prostytutki. Po powrocie do schronu czekał na nich Kazik z kanalarzami z aryjskiej strony. Przewodnicy podprowadzili ich do wylotu przy ulicy Prostej i 9 maja, o godzinie dziesiątej, wyszli na ulicę – brudni, z bronią. Obserwujący to ludzie stali w milczeniu, przerażeni.

Potem, po powstaniu warszawskim, porównał walkę w getcie do tego, co działo się na ulicach miasta. Wtedy walczyli w dzień, w słońcu, bez ograniczającego ich muru. Walka w powstaniu warszawskim była komfortowa.

Andrzej Wajda planuje nagrać film o getcie. Chciałby, aby Edelman opowiedział o wszystkim do kamery. Mówiłby o miejscach, w których to się działo. Bramy, prowadzącej na Umschlagplatz już nie ma – została zburzona przy budowaniu osiedla „Inflancka”. Wzdłuż rampy kolejowej stoją szare bloki. W jednym z nich mieszka koleżanka narratorki, Anna Strońska. Kiedy dowiaduje się, że pod jej oknami stały ostatnie wagonu pociągów, do których wsadzano Żydów, blednie i pyta, czy Żydzi nie zrobią jej krzywdy, ponieważ zawsze była dla nich dobra. Narratorka uspokaja ją, dodając, że będą nad nią czuwali. W miejscu starego muru postawiono kawałek nowego, z białej cegły. Umieszczono na nim tablice pamiątkowe i na Zaduszki oraz Jom Kipur zapalane są świece w świecznikach. Marek mógłby opowiadać przy pomniku.

W rocznicę wybuchu powstania, 19 kwietnia, przyjechałyby autokary „Orbisu” z zagranicznymi gośćmi. Przy skwerku siedziałyby stare kobiety z wózkami, wspominając o życiu w getcie. Potem delegacje złożyłyby wieńce przy dźwiękach werbli, a po nich do pomnika podchodziliby prywatni ludzie z małymi bukiecikami. Na koniec z tłumu wyszedłby stary mężczyzna z długą brodą i zacząłby mówić Kadysz, modlitwę – lament za zmarłych. Ludzie przemieszczaliby się, witając się i rozmawiając. Wśród nich byłaby Marysia Sawicka, która ukrywała u siebie Michała Klempisza, jego żonę, córkę i siostrę. Córka i żona przeżyły, a Michał, którego ciało zostało na Bonifraterskiej, kiedy zasłonił sobą karabin maszynowy, ma na cmentarzu żydowskim symboliczny grób. Następne sceny filmu rozgrywałyby się na cmentarzu. Obok grobu Michała jest mogiła Jurka Błonesa, jego siostry Guty, brata Luśka, Fejgełe Goldsztajna, Zygmunta Frydrycha, ojca Elżuni.

Ten grób nie jest już symboliczny – po wyjściu z kanałów pojechali oni do Zielonki, gdzie mieli przygotowaną kryjówkę, ale w dziesięć minut później zjawili się Niemcy. Pochowano ich w Zielonce, pod płotem i po wojnie przeniesiono ciała na cmentarz żydowski. Kilkadziesiąt metrów dalej są groby tych, których przywieziono po wojnie znad Bugu. Po wyjściu z getta mieli ruszyć na wschód, by przyłączyć się do partyzantów, ale przy przeprawianiu przez rzekę Niemcy otworzyli do nich ogień. Przy końcu alei nie ma już tablic pamiątkowych i zaczyna się coś w rodzaju pola, ciągnącego się w kierunku Powązek.

Tu pochowano wszystkich, którzy zmarli przed likwidacją getta – z głodu, na tyfus, z wycieńczenia. Każdego ranka pracownicy Towarzystwa „Wieczność” zbierali ciała i układali stosem na ręcznych wózkach, które później ciągnęli na koniec alei. Nad grobami Michała Klepfisza, Abraszy Bluma i tych z Zielonki stoi pomnik mężczyzny z karabinem w ręce. Obok Bluma spoczywa jego żona, Luba, która prowadziła w getcie szkołę pielęgniarek. Dostała pięć numerków życia na sześćdziesiąt uczennic i wybrała te, które najlepiej odpowiedziały na pytanie: „Jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca”.

Po wojnie prowadziła dom dziecka, do którego przywożono dzieci, znalezione w szafach, skrzyniach węgielnych i grobowcach cmentarnych. Luba uczyła dzieci, by grzecznie odpowiadały panom na pytania, jak zginął tatuś, obiecując, że kiedy panowie wrócą do Ameryki, będą przysyłali paczki z sukienkami i chałwą. W głębi cmentarza można odnaleźć stare groby żydowskie, które są śladami świata, który kiedyś istniał naprawdę. W bocznej alejce jest grób Adama Czerniakowa, Prezesa Getta Warszawskiego. Uporządkowaną, uczęszczaną aleją idzie kondukt pogrzebowy. Jakiś starszy pan pyta każdego z obecnych, czy jest Żydem. Musi mieć dziesięciu Żydów, żeby zmówić nad trumną Kadysz. Na całym cmentarzu znajduje tylko siedmiu Żydów.

Z kanałów wyszli na Prostej. Brakowało ośmiu ludzi, którym Edelman kazał przejść do szerszego kanału, żeby nie udusili się od metanu. Kiedy klapa otworzyła się, nikt nie chciał ich zawołać. Marek rozkazał Szlamkowi pobiec po tamtych. Wyjście z kanałów zorganizował dziewiętnastoletni Kazik. Po latach dzwoni do Edelmana z miasta odległego o trzy tysiące kilometrów i żali się, że nikt go nie pyta o tych, którzy przeżyli, lecz o tych, którzy zmarli.

Anna Strońska zbiera sztukę ludową – kolekcjonuje figurki Żydów, które przywozi z całej Polski. Ustawia je wszędzie, w grupach. Wyglądają jakby zatrzymali się na chwilę, by porozmawiać, pomodlić się, czy też przeczytać gazetę. Są to Żydzi TAMCI, sprzed wszystkiego. Narratorka przyprowadziła Edelmana do Strońskiej, by popatrzył na te figurki. Anna opowiada im sen sąsiadki, która mieszka na Miłej. Śniło się jej to samo, przez wiele, od chwili, kiedy przeprowadziła się do nowego mieszkania. Kobieta widziała siebie w pokoju, w którym stoją stare meble. Wyczuwała też czyjąś obecność. Pewnej nocy we śnie ujrzała dziewczynę, Żydówkę, która zbliżyła się do okna i wyskoczyła z czwartego piętra na ulicę. Od tamtej nocy sen nie powtórzył się i zniknęło poczucie czyjejś obecności.

Edelman nie zgodził się wystąpić w filmie Wajdy. Oświadczył, że nie będzie mówił niczego przed kamerami, ponieważ opowieść o wydarzeniach z tamtych dni mógł opowiadać jeden raz. I już opowiedział.

Marek Edelman został lekarzem, ponieważ musiał robić nadal to, co robił w getcie. W kwietniu 1943 roku w getcie było czterdzieści tysięcy ludzi i za tylu ŻOB podjął decyzję, że nie pójdą na dobrowolną śmierć. Po skończonej wojnie, Marek miał wrażenie, że dla niego ta wojna była przegrana. Wciąż zdawało mu się, że coś musi zrobić, że ktoś na niego czeka i trzeba go ratować. Zaczął jeździć od miasta do miasta, od kraju do kraju, ale na miejscu okazywało się, że nikt na niego nie czeka. W końcu wrócił do Warszawy i położył się na łóżku. Przesypiał całe dnie i tygodnie. Wreszcie Ala zapisała go na medycynę. Ala była już wtedy jego żoną. Poznał ją, gdy przyszła z patrolem zorganizowanym przez doktora Świtala z AK, żeby wyprowadzić ich z bunkra na Żoliborzu. Przebywali tam od zakończenia powstania warszawskiego, między innymi: Antek, Celina i Tosia Goliborska.

Medycyna początkowo nie interesowała Edelmana. Po powrocie do domu kładł się do łóżka, więc jego znajomi zaczęli rysować na ścianie nad łóżkiem różne rzeczy, żeby choć w taki sposób coś zapamiętał. Taki stan rzeczy trwał około dwóch lat. Czasami zasiadał w jakimś prezydium, lecz o wydarzeniach w getcie opowiadał powściągliwie. Z tego okresu najlepiej zapamiętał śmierć Mikołaja, członka „Żegoty”, który jako pierwszy ze znanych mu ludzi umarł śmiercią naturalną na łóżku szpitalnym. Przed śmiercią Mikołaj zostawił mu zeszyt, w którym skrupulatnie zapisywał na co wydawali pieniądze. Marek nie zabrał brulionu ze szpitala, lecz o rozmowie z chorym opowiedział Antkowi i Celinie. Śmiali się z tego, że Mikołaj umierał tak dziwnie – leżąc w czystej pościeli na łóżku.

Pewnego dnia Edelman zjawił się na jakimś wykładzie i usłyszał, że profesor mówi: „Kiedy lekarz wie, jak wygląda oko chorego, jak wygląda skóra, jak język, to powinien wiedzieć, co temu choremu jest”. Słowa te wywarły na nim ogromne wrażenie i pomyślał, że choroba człowieka jest rozsypaną łamigłówką, którą należy odpowiednio złożyć, by wiedzieć, co jest w człowieku. Od tej pory zajął się medycyną, uświadamiając sobie, że jako lekarz może nadal odpowiadać za ludzkie życie. W klinice, w której później pracował, stała wielka palma. Czasami przystawał pod nią, spoglądając na sale, na których leżeli jego pacjenci. Jego zadaniem było ocalenie jak najwięcej osób. Podobnie jak w czasie, kiedy stał w bramie Umschlagplatzu. Kiedy nie było żadnej szansy na wyleczenie, pragnął zapewnić ludziom komfortową śmierć – by nie bali się, nie cierpieli i nie poniżali się. O Edelmanie mawiano, że ożywia się dopiero wtedy, gdy zaczyna się wyścig ze śmiercią.

W takich sytuacjach odpowiadał, że kiedy Pan Bóg chce zgasić świeczkę, to on musi szybko osłonić płomień, wykorzystując chwilową nieuwagę Stwórcy. Jeśli coś takiego mu się udaje, ma wrażenie, że wywiódł Boga w pole. Uważał, że ma do tego prawo, ponieważ obok niego przeszło czterysta tysięcy ludzi na Umschlagplatz. Ważnym było przede wszystkim to, aby przesunąć wyrok Stwórcy o kilka bądź kilkanaście lat. Dla Marka było to bardzo dużo. Córka Tenenbaumowej, która dzięki numerkowi życia zyskała trzy miesiące, w ciągu których dowiedziała się, czym jest miłość. Jego pacjentki, które leczył na stenozy i zastawki, zdążyły dorosnąć, założyć rodziny i urodzić dzieci. Jedną z jego pacjentek była dziewięcioletnia dziewczynka, Urszula, ze zwężeniem zastawki dwudzielnej płuc. Było to w czasach, kiedy w Polsce nie operowano jeszcze dzieci.

Zadzwonił do Profesora, mówiąc, że Urszulka zaraz się udusi. Profesor zjawił się po dwóch godzinach i jeszcze tego samego dnia przeprowadził operację. Dziewczynka przeżyła, skończyła szkołę, wyszła za mąż. Czasami odwiedza ich w szpitalu. Potem w szpitalu leżała Teresa z wadą serca, która po zabiegu poprosiła, aby wypisać ją do domu. Edelman, zdziwiony faktem, że nikt jej nie odwiedzał, poszedł do jej krewnych. Mieszkała z chorą matką i choć miała dopiero dziesięć lat, opiekowała się dwiema młodszymi siostrami. Ona również odwiedza lekarzy, mówiąc, że osiągnęła wszystko, czego pragnęła. Edelman zajmował się także Grażyną z domu dziecka, której radził, aby nie miała dzieci. Po porodzie wróciła do szpitala z niedomogą krążenia. Mąż nie zgadza się na jej zabieg, a kobieta chodzi na spacery z dzieckiem i stopniowo gaśnie każdego dnia.

Marek mówi, że każdy człowiek, za którego czuje się odpowiedzialny, staje się mu bliski i wie o nim wszystko. Kiedy jednak opuszczają szpital i wracają do zdrowia, zapomina ich twarze, ponieważ pojawia się nowy pacjent i on staje się w tej chwili najważniejszy. Parę dni temu do szpitala przywieziono siedemdziesięcioletnią staruszkę z niedomogą. Przed operacją pomodliła się o błogosławieństwo dla rąk Profesora i myśli lekarzy z Pirogowa. Lekarzami z Pirogowa są Edelman i Aga Żuchowska.

Powstańców było 220, a Niemców – 2090. Niemcy mieli lotnictwo, artylerię, pojazdy pancerne, miotacze min, 82 karabiny maszynowe, 135 pistoletów maszynowych i 1358 karabinów. Na jednego powstańca w getcie przypadał 1 rewolwer, 5 granatów i 5 butelek zapalających. W całym getcie były dwie miny i jeden automatyczny pistolet. Do getta Niemcy wkroczyli 19 kwietnia o czwartej. Walka rozpoczęła się na placu Muranowskiego, Zamenhofa i ulicy Gęsiej. O czternastej Niemcy wycofali się, a powstańcy cieszyli się, że tego dnia na Umschlagplatz nie wyprowadzono żadnego człowieka. Następnego dnia wrócili o drugiej, próbują sforsować bramę fabryki szczotek, lecz wybucha mina.

W końcu wdzierają się na strych, a Michał Klepfisz zasłania swoim ciałem niemiecki karabin, by grupa mogła uciec. Niemcy podchodzą z opuszczoną bronią, proponując zawieszenie broni i wycofanie rannych, powstańcy strzelają do nich, lecz nie trafiają żadnego. Scena ta opisana została w książce Johna Herseya: „The Wall”. Do esesmanów, na rozkaz Edelmana, strzelał Zygmunt. Marek jest jedynym żywym człowiekiem spośród powstańców, który uczestniczył w tej scenie. Po latach nie odczuwa zakłopotania na myśl, że naruszyli wówczas zasady zachodnioeuropejskiej tradycji reguły wojennej fair play. Ci trzej Niemcy byli dokładnie ci sami, którzy wywieźli do Treblinki czterysta tysięcy ludzi. Stroop w raporcie napisał o „bandytach”, którzy otworzyli ogień do parlamentariuszy.

Po wojnie Edelman zobaczył Stroopa, który zjawił się przed Prokuraturą i Komisją do Badań Zbrodni. Za stołem siedzieli prokurator, przedstawiciel Komisji i Marek Edelman. Do pokoju wprowadzono wysokiego mężczyznę, który stanął na baczność. Edelman podniósł się, a Stroop oddał mu honory wojskowe. Lekarz, zapytany o to, czy Stroop zabijał ludzi, odparł, że nigdy wcześniej nie widział tego człowieka. Pytany przed Komisję, potwierdzał zeznania skazanego, ponieważ chciał jak najszybciej wyjść z pokoju i było mu przykro, że stoi przed nim człowiek bez pasa i ma już jeden wyrok śmierci.

Wieczorem wszyscy zeszli do piwnic. W nocy przybiegł chłopiec, krzycząc, że Niemcy podpalili getto. Wybuchła panika. Rejon fabryki szczotek stanął w ogniu, zaczęli więc przedzierać się przez płomienie do getta centralnego. Ludzie biegli między spadającymi belkami. Nagle ujrzeli dziurę w murze i reflektor, oświetlający getto. Strzelili, pobiegli dalej. Niemcy otworzyli ogień, zginęło sześciu chłopców. Wykopali grób, śpiewając „Międzynarodówkę”. Tego samego dnia przedostali się piwnicami do drugiego domu. Czterech ludzi poszło wybić przejście, a na górze byli Niemcy i wrzucali do piwnicy granaty. Do ich schronienia zaczął przedostawać się czad, więc musieli zasypać otwór, choć pozostał w nim jeden chłopak. Nie mogli już na niego czekać. Płonęło całe getto, więc wszyscy przenieśli się do piwnic. W pomieszczeniach było gorąco. Jakaś kobieta wypuściła na podwórko dziecko. Niemcy dali malcowi cukierka, żeby wskazał, gdzie jest jego mamusia. Potem wysadzili schron, zabijając kilkaset osób.

Chronologiczny zapis wydarzeń – historia – powstawała po drugiej stronie murów, podczas spisywania raportów i wysyłania w świat meldunków radiowych. Meldunki po stronie aryjskiej spisywał „Wacław”. To właśnie dzięki niemu świat dowiedział się o istnieniu Umschlagplatzu, transportach, komorach gazowych i Treblince. Imię i nazwisko „Wacława”, Henryka Wolińskiego, pojawiało się w każdej książce i w każdym opracowaniu naukowym na temat getta. Kierował referatem żydowskim w Głównej Komendzie AK, pośredniczył między ŻOB-em a Komendą. Posługiwania się bronią uczył Żydów Zbigniew Lewandowski „Szyna”. Na lekcje przychodziły tylko dwie osoby: kobieta i mężczyzna, którzy później przekazywali instrukcje pozostałym. Po latach Edelman wyjaśnił, że tym mężczyzną był Michał Klepfisz.

„Wacław” razem ze Stanisławem Herbstem opisał przebieg pierwszej akcji likwidacyjnej w getcie. Raport został przewieziony do Londynu. Jurek Wilner, przedstawiciel ŻOB-u po stronie aryjskiej, każdego dnia przynosił aktualne wiadomości z getta, które później nadawane były do Londynu na bieżąco. Radio londyńskie, wbrew dotychczasowym zwyczajom, nie nadawało w swoich audycjach żadnych informacji o tym, co się działo w warszawskim getcie. Pierwsze wiadomości pojawiły się dopiero po miesiącu. Jak się później okazało, Londyn nie wierzył w raporty „Wacława”.

W kwietniu 1943 roku „Wacław” wręczył Antkowi z komendy ŻOB-u rozkaz generała Montera. Później przekazał informację, że AK podejmie próby sforsowania murów getta od strony ulicy Bonifraterskiej i Powązek. Tymczasem na Miłej krzyczał płonący żywcem chłopiec, a po drugiej stronie muru leżeli dwaj chłopcy, którzy mieli umieścić materiał wybuchowy na murze getta. Nie było nikogo, kto mógłby to zrobić. Niemcy strzelali do ludzi ze wszystkich stron, a na placu Krasińskich stała kompania SS. Pszenny odpalił minę, co umożliwiło wycofanie się powstańców. Po latach Zbigniew Młynarski „Kret” mówi, że żołnierze AK mogli wejść do getta i odpalić ładunek, a później wyprowadzić powstańców. Dokładnie to samo mówi Henryk Grabowski, dodając, że dla powstańców sprawą honoru było zginąć w walce, z bronią w ręku. Grabowski zrozumiał to w dniu, kiedy Niemcy zatrzymali go, jak wychodził z paczką od „Mordki”. Wtedy myślał, by mógł choć ugryźć szwaba.

„Mordkę” znał jeszcze z czasów przedwojennych, mieszkali razem na Powiślu. Spotkali się później w getcie, kiedy „Mordka” znany był jako Mordechaj. Grabowski przed wojną był harcerzem. Wszystkich jego kolegów z grupy rozstrzelano w Palmirach. Jako jedyny przeżył i otrzymał rozkaz od władz harcerskich, by wyjechał do Wilna i zorganizował Żydów do walki.

W Kolonii Wileńskiej poznał Jurka Wilnera. Był tam klasztor dominikanek, w którym ukrywano kilkoro Żydów. Jurek był blondynem o niebieskich oczach i był ulubieńcem matki przełożonej, której przypominał wziętego do niewoli brata. Gdy wyjeżdżał do Warszawy, do getta, zostawił zakonnicy zeszyt z wierszami, który zachowała do dziś. Po przyjeździe do miasta Jurek zamieszkał u pana Grabowskiego. Wszyscy Żydzi, przybywający do Warszawy, zatrzymywali się u Grabowskiego, który natychmiast szedł z nimi na targ, by kupić im coś do ubrania. Wilner kontaktował się z „Wacławem” i oficerami, a paczki, których nie mógł zabrać do getta, zostawiał u pana Henryka lub u karmelitanek bosych na Wolskiej. Matka przełożona nie zastanawiała się wówczas, że ukrywa w klasztorze broń, która będzie służyła do zabijania ludzi. Miała nadzieję, że Jurek pamiętał o złożonej jej obietnicy, że przed śmiercią pojedna się z Bogiem, kiedy strzelił do siebie w bunkrze na Miłej 18.

Jurek gromadził broń, a Grabowski pomagał mu w uzupełnianiu zakupów – zdobył saletrę i węgiel drzewny oraz 20 kilogramów cyjanku potasu. Najpierw wypróbował truciznę na kocie, a dopiero potem dał ją Jurkowi. Wspólne działania sprawiły, że mężczyźni zaprzyjaźnili się i rozmawiali o wszystkim. W pierwszych dniach marca 1943 roku Jurek został aresztowany przez gestapo. Został zabrany z dokumentami i bronią. Był torturowany przez miesiąc i nie wydał żadnego adresu ani kontaktów po stronie aryjskiej. Uciekł pod koniec marca. Wrócił do getta, lecz ze względu na poodbijane stopy nie mógł już nic robić. Ucieczkę zorganizował mu Henryk Grabowski, który na wiadomość, że Jurek przebywa w obozie na Grochowie, zakradł się przez bagna, wyciągnął chłopca i zabrał do swojego domu. Wilnera kurowała cała rodzina, a kiedy wrócił do sił, podjął decyzję o powrocie do getta.

Nie pożegnali się, a kiedy wybuchło powstanie pan Henryk zrozumiał, że nadszedł koniec jego przyjaciela. Jurek rzeczywiście nie przeżył – to on wydał sygnał do samobójstwa w bunkrze na Miłej 18. W schronie zginęła większość członków Organizacji Bojowej i komendant Mordechaj Anielewicz. Po wojnie nap Henryk wiele razy zastanawiał się, czy dobrze zrobił nie zatrzymując Jurka. Potem jednak myślał, że gdyby Wilner przeżył, to miałby o to do niego pretensje.

Mecenas Woliński „Wacław” ubolewał nad śmiercią każdego z ludzi z getta: szanowanych, bohaterskich i takich polskich. Po Jurku wysłannikiem ŻOB-u po stronie aryjskiej został Antek – Icchak Cukierman, miły i dzielny człowiek, który zawsze nosił przy sobie kilka granatów. Pierwsza depesza, jaką „Wacław” wysłał do Londynu, dotyczyła pieniędzy, potrzebnych na broń. Otrzymali pięć tysięcy dolarów ze zrzutów. Otrzymał je najpierw Mikołaj z „Bundu”, który przekazał je następnie Edelmanowi, a on Tosi. Kupowali za nie broń po stronie aryjskiej. Później Tosia wykupiła „Wacława” z rąk gestapo za dywan perski. Tosia – doktor Teodozja Goliborska, ostatnia z lekarzy prowadzących w getcie badania nad głodem, przyjechała na kilka dni z Australii. Wszyscy spotkali się u mecenasa Wolińskiego. Rozmawiają o wydarzeniach z czasów wojny, opowiadają różne zabawne historie.

„Wacław” wspomina o kłopotach z ludźmi z ŻOB-u, którzy likwidowali agentów nie czekając na wydanie wyroków. W dużym zrzucie przyszło sto dwadzieścia tysięcy dolarów. Edelman mówi, że otrzymali tylko połowę. „Wacław” wyjaśnia, że dostali całą gotówkę, za którą kupili broń. Tosia wspomina czerwony sweter, w którym Marek chodził po dachach.

W drodze powrotnej do domu Edelman nie ukrywa poirytowania. Wyjaśnia, że Jurek wytrzymał tortury gestapo przez tydzień, a nie przez miesiąc. Wszystkim jednak zależy, żeby to był miesiąc. Antek mówi, że powstańców było pięciuset, a literat S. pragnie, aby skrzela ryb malowała matka Anielewicza. Zgadza się na to, uznając, że przecież w tej chwili nie ma to znaczenia. Podobnie jak ze sztandarami, które wisiały nad gettem od pierwszych dni powstania: biało-czerwony i niebiesko-biały. Edelman był przekonany, że jego ludzie nie wywiesili żadnych flag, on też ich nie widział, a po wojnie ludzie twierdzili, że wisiały. Teraz nie miało to znaczenia, ważnym było to, że ludzie widzieli te rzekome sztandary.

Edelman postanawia wyjaśnić jeszcze jedną kwestię – dlaczego żyje. Kiedy do miasta wszedł pierwszy żołnierz oswobodziciel, zatrzymał go i zapytał, jakim sposobem udało mu się przeżyć skoro jest Żydem. Jakie byłyby próby wyjaśnienia tego faktu? Edelman mógłby opowiedzieć o dniu, kiedy szedł do ich lokalu na Nowolipkach, by kogoś zawiadomić, że lekarka szpitala na Lesznie, Inka, leży nieprzytomna w pustym mieszkaniu. Podczas przenoszenia szpitala na Umschlagplatz połknęła fiolkę luminalu i położyła się do łóżka w koszuli nocnej. Znalazł ją i przeniósł do opustoszałego domu.

W poprzek jezdni na Nowolipkach ciągnął się mur, oddzielający stronę aryjską od getta. Nagle pojawił się esesman i zaczął strzelać, za każdym razem trafiając o jakieś pół metra od Marka. Mógłby również opowiedzieć o dniu, w którym został zgarnięty z ulicy na platformę, którą przewożono ludzi na Stawki. Na Nowolipkach dostrzegł Mietka Dęba, członka PPS, który został skierowany do służby w policji. Edelman krzyknął do niego, Mietek wyjaśnił Niemcom, że Marek jest jego bratem i pozwolili mu odejść. Poszli razem do domu Mietka. Jego ojciec zaczął narzekać, że Dąb ratuje ludzi, nie biorąc od nich żadnych pieniędzy. Staruszek nie wierzył w istnienie Boga. Następnego dnia został zabrany, lecz Mietek nie zdążył go wyciągnąć z wozu. Zaraz potem dołączył do partyzantów w lesie. Za każdym razem życie Edelmana ocalił przypadek.

Marek opowiada o swoich pacjentach, dziewczynkach przywożonych do szpitala z różową pianą na ustach, które miały zwężone zastawki serca. Kiedy występuje taka wada, serce przyspiesza swój rytm, by dostarczać więcej krwi. Serce w pewnym stopniu regeneruje się, a gdy to nie następuje – zaczyna chorować. Inżynier Sejdak zna doskonale pracę serca, ponieważ w ciągu półtora roku zdołał skonstruować dla Profesora sztuczne serce, zastępujące pracę prawdziwego serca podczas zabiegu. Koszt sztucznego serca wyniósł czterysta tysięcy złotych, a jego twórca uzyskał patent. Obecnie inżynier pracuje nad nową maszyną, która pozwoli przetrwać chorym czas między zawałem i operacją. Edelman jest przekonany, że urządzenie ocali życie wielu ludziom. Z nadzieją wierząc, że Bóg obserwuje bacznie poczynania Profesora i Sejdaka i w każdej chwili może zadać niespodziewany cios. Tak jak wtedy, kiedy wszyscy myśleli, że są już bezpieczni. Stefan, brat Marysi Sawickiej, cieszył się najbardziej, dumny, że uczestniczył w akcji wyprowadzenia powstańców z kanałów i że dostał po raz pierwszy broń do ręki. Z bronią wybiegł do cukierni, do której wszedł nieoczekiwanie Niemiec i zauważywszy pistolet, zastrzelił chłopca pod oknami domu Marysi.

Czasami Stwórca utrudnia wyścig o życie małymi złośliwościami. Gdy Rudny czekał na operację nie było lekarza od koronarografii, zamknięto blok operacyjny, nie było sióstr instrumentariuszek. Każdy nasilający się ból mógł być ostatnim. Zdążyli jednak na czas, myśląc, że i tym razem im się udało. Przed zabiegiem Rudnego Edelman nie był pewien, czy należy przeprowadzać operację w tak ostrym stanie. Wyszedł ze szpitala, by przemyśleć wszystko jeszcze raz. Spotkał doktor Zadrożną, która stwierdziła, że w sytuacji, kiedy otrzymał wymówienie z pracy, a Aga Żuchowska i Elżbieta Chętkowska chciały odejść razem z nim, to ogromne ryzyko. Jednak te słowa utwierdziły go w przekonaniu, że pacjenta trzeba operować.

Każda minuta jest ważna. Przywożą pacjenta w katatonii, lekarze robią badanie krwi i okazuje się, że podwyższony jest poziom cukru. Podejrzewają, że to wina trzustki, przeprowadzają operację. Zaczyna się napięcie, związane z oczekiwaniem na spadek cukru. Inny pacjent, chory na nerki, ma duże stężenie wapnia. Wiozą go szybko do Warszawy, w ostatniej chwili kładą na stół operacyjny.

Narratorka opowiada o wszystkim Zbigniewowi Młynarskiemu, temu, który próbował wysadzić mur na Bronifraterskiej. Pyta mężczyznę, czy rozumie wszystko o Edelmanie. Młynarski odpowiada, że tak, ponieważ w życiu chodzi głównie o szybkie, męskie decyzje.

Dla Edelmana najważniejsze było, aby osłonić płomień ludzkiego życia. Bóg jednak obserwował wszystko i potrafił tak przebiegle ugodzić, że na wszystko było za późno. Doktor Chętkowska połknęła glimit i nie mogli już jej ocalić. Miała krwiak w tylnej jamie czaszkowej, myliła słowa, wielu rzeczy nie pamiętała. Elżunia popełniła samobójstwo, choć miała dosłownie wszystko – bogatych rodziców adopcyjnych, przystojnego narzeczonego, dyplom ukończenia szkoły. Jej „amerykański” ojciec zapytał później Marka, dlaczego Elżunia połknęła środki nasenne, a on nie potrafił na to odpowiedzieć. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy nadchodzi kres życia drugiego człowieka. Czasami ma się wrażenie, że udało się i nic już nie powinno zaskoczyć, a jednak coś się dzieje.

Na pogrzebie Celiny – Cywii Lubetkin, Marek spotkał dwoje osób, z którymi opuszczał kanały: Maszę i Pninę. Masza szepnęła do niego, że znów słyszała krzyki tego chłopca, który spłonął żywcem na Miłej, parę metrów od bunkra, w którym była ukryta. Kobieta codziennie słyszała ten krzyk, choć mieszkała w mieście o trzy tysiące kilometrów oddalonym od miejsca jego śmierci. Do gospodyni Abraszy Bluma zapukał dozorca, mówiąc, że ukrywa u siebie Żyda. Potem zamknął drzwi od zewnątrz i poszedł zadzwonić po gestapo. Abrasza zdołał uciec na dach z połamanymi nogami i leżał tam, aż przyjechali Niemcy.

Czasami pacjent umiera na stole, ponieważ był to zawał okrężny, który nie został wykryty w EKG ani w koronarografii. Dlatego też, pamiętając o wybiegach Boga, po zakończonej operacji należy czekać przez długie dni, w ciągu których okaże się, czy serce przystosowało się do nowych tętnic i lekarstw. A kiedy opada napięcie, uświadamia sobie, że proporcja wynosi jeden do czterystu tysięcy. Każde życie stanowi dla niego sto procent, więc ta walka może ma jakiś sens.



  Dowiedz się więcej
„Zdążyć przed Panem Bogiem” - streszczenie szczegółowe
Bibliografia „Zdążyć przed panem Bogiem”
Zdążyć przed Panem Bogiem” - najważniejsze cytaty
Miłość w getcie na podstawie „Zdążyć przed panem Bogiem”
Eksterminacja Żydów w „Zdążyć przed panem Bogiem” (Holocaust)
Problematyka „Zdążyć przed panem Bogiem”
Wyjaśnij słowa: ,,... każde życie stanowi dla każdego całe sto procent, więc może ma to jakiś sens...”.
Wyjaśnij słowa: ,,kiedy się dobrze zna śmierć, to ma się większą odpowiedzialność za życie”
Wyjaśnij słowa: „Najważniejsze jest, aby nie dać się wepchnąć na beczkę”
Reporter w poszukiwaniu prawdy na przykładzie „Zdążyć przed panem Bogiem”
Czas i miejsce akcji „Zdążyć przed panem Bogiem”
Portret Żydów w „Zdążyć przed panem Bogiem”
Wartość ludzkiego życia „Zdążyć przed panem Bogiem”
Motyw lekarza w „Zdążyć przed Panem Bogiem”
Literatura faktu na przykładzie „Zdążyć przed panem Bogiem”
Portret Marka Edelmana na podstawie „Zdążyć przed panem Bogiem”
Marek Edelman – notatka szkolna
Hanna Krall – notatka szkolna
Bohaterowie „Zdążyć przed panem Bogiem”
Geneza utworu „Zdążyć przed panem Bogiem”
Gatunek reportażu na przykładzie „Zdążyć przed panem Bogiem”
Bóg w „Zdążyć przed panem Bogiem”
Śmierć w „Zdążyć przed panem Bogiem”
Pojmowanie historii w „Zdążyć przed panem Bogiem”
„Zdążyć przed panem Bogiem” – interpretacja tytułu
Symbole w „Zdążyć przed panem Bogiem”
Tło historyczne „Zdążyć przed panem Bogiem”
Obraz getta warszawskiego w „Zdążyć przed panem Bogiem”
Obraz powstania w getcie warszawskim w „Zdążyć przed panem Bogiem”
Plan wydarzeń „Zdążyć przed panem Bogiem”
Kompozycja „Zdążyć przed panem Bogiem”
Streszczenie „Zdążyć przed Panem Bogiem”