Jesteś w:
Kamienie na szaniec
Karetka była już bardzo blisko, niemalże na wyciagnięcie ręki, jednakże nieoczekiwanie jeszcze bardziej przyspieszyła a jej kierowca zmienił nieco wytyczony tor jazdy, jakby mając przeczucie, że coś jest nie tak, że coś wisi w powietrzu. Nie było więc czasu do namysłu, trzeba było działać. Ruszyliśmy. Wyskoczyliśmy tuż przed karetkę, by zmusić ją do zatrzymania i równo wyciągnęliśmy nasze butelki z benzyną. Po ich wyrzuceniu więzienny samochód szybko zajął się od płomieni, co zmusiło kierowcę do opuszczenia swej szoferki. Wywiązała się strzelanina: gestapowcy kontra my. Wymiana ognia trwała przez znaczną chwilę, później został z nich tylko jeden, który sprytnie się schował, tak by ochronić się przed strzałami Polaków a samemu mieć niezłe pole rażenia. To było dla nas niewskazane, minuty upływały i zaraz mogły pojawić się posiłki, co zapewne zmusiło by nas do odwrotu i uniemożliwiło odbicie Rudego. W końcu, ktoś z nas zestrzelił gestapowca i droga do wnętrza furgonetki była już "czysta". Podbiegliśmy do niej, chwile mocowaliśmy się z zamkiem, aż wreszcie Alkowi udało się otworzyć pancerne drzwi, poprzez które rozbiegli się zdziwieni i zaskoczeni przebiegiem wydarzeń więźniowie. Przez chwile nie mogliśmy odnaleźć wśród nich Rudego, w końcu, gdy kurz nieco opadł dojrzeliśmy go, był w bardzo ciężkim stanie. Na czworakach podążał w stronę wywarzonych drzwi. Szybko potrzymaliśmy go i wspólnymi siłami zanieśliśmy do oczekującego na nas samochodu. Radości i wzruszeniu nie było końca, ale jeszcze na chwilę trzeba było się opanować, by szybko uciec z miejsca naszego "rozboju". Niektórzy z nas pozbierali jeszcze tylko broń, którą wcześniej posługiwali się Niemcy.
strona: - 1 - - 2 - - 3 - - 4 -
Akcja pod Arsenałem - reportaż
Autor: Karolina Marlęga Serwis chroniony prawem autorskimKaretka była już bardzo blisko, niemalże na wyciagnięcie ręki, jednakże nieoczekiwanie jeszcze bardziej przyspieszyła a jej kierowca zmienił nieco wytyczony tor jazdy, jakby mając przeczucie, że coś jest nie tak, że coś wisi w powietrzu. Nie było więc czasu do namysłu, trzeba było działać. Ruszyliśmy. Wyskoczyliśmy tuż przed karetkę, by zmusić ją do zatrzymania i równo wyciągnęliśmy nasze butelki z benzyną. Po ich wyrzuceniu więzienny samochód szybko zajął się od płomieni, co zmusiło kierowcę do opuszczenia swej szoferki. Wywiązała się strzelanina: gestapowcy kontra my. Wymiana ognia trwała przez znaczną chwilę, później został z nich tylko jeden, który sprytnie się schował, tak by ochronić się przed strzałami Polaków a samemu mieć niezłe pole rażenia. To było dla nas niewskazane, minuty upływały i zaraz mogły pojawić się posiłki, co zapewne zmusiło by nas do odwrotu i uniemożliwiło odbicie Rudego. W końcu, ktoś z nas zestrzelił gestapowca i droga do wnętrza furgonetki była już "czysta". Podbiegliśmy do niej, chwile mocowaliśmy się z zamkiem, aż wreszcie Alkowi udało się otworzyć pancerne drzwi, poprzez które rozbiegli się zdziwieni i zaskoczeni przebiegiem wydarzeń więźniowie. Przez chwile nie mogliśmy odnaleźć wśród nich Rudego, w końcu, gdy kurz nieco opadł dojrzeliśmy go, był w bardzo ciężkim stanie. Na czworakach podążał w stronę wywarzonych drzwi. Szybko potrzymaliśmy go i wspólnymi siłami zanieśliśmy do oczekującego na nas samochodu. Radości i wzruszeniu nie było końca, ale jeszcze na chwilę trzeba było się opanować, by szybko uciec z miejsca naszego "rozboju". Niektórzy z nas pozbierali jeszcze tylko broń, którą wcześniej posługiwali się Niemcy.
strona: - 1 - - 2 - - 3 - - 4 -
